Adoracja w Oktawie Bożego Ciała – Czyszki, 06.06.1915 r.

„A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni,
aż do skończenia świata”
(Mt 28,20)

Gdy Judasz zdrajca przyszedł ze zgrają żołnierzy do ogrodu oliwnego, aby tam pojmać Pana Jezusa, Zbawiciel wyszedł naprzeciw i zapytał: „«Kogo szukacie?» Odpowiedzieli Mu: «Jezusa z Nazaretu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». Skoro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cofnęli się i upadli na ziemię”. (J 18,5-6).
Gdyby teraz Pan Jezus odezwał się z Hostii Przenajświętszej do nas tymi samymi słowami: „Ja jestem”, zapewne i my padlibyśmy twarzą na ziemię przejęci bojaźnią i czcią dla Jego Boskiego Majestatu. Jednak nie robi tego, Chrystus Pan nie odzywa się do nas. Dlatego, że wierzymy w Niego, uznajemy w tym Przenajświętszym Sakramencie swego Boga i Pana, dlatego nie potrzebuje Chrystus w cudowny sposób przekonywać nas o swoje obecności wśród nas. „Cuda bowiem, powiada św. Grzegorz z Nazjanzu, potrzebne są dla niedowiarków, a nie dla wiernych.
Prawda, wierzymy wszyscy w Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, ale ileż to razy tak jakoś się zapominamy. Wiara nasza staje się ospałą i nawet wtedy, gdy klęczymy w kościele przed ołtarzem, myśli gdzieś biegną poza kościół, w pole, do domu. Być może, że przychodzi to ze słabości, ludzkiej ułomności. Lecz, abyśmy sami nie stali się winnymi tej ospałości, musimy swoją wiarę pogłębiać i ożywiać. Jeśli chcemy, aby nasza cześć dla Najświętszego Sakramentu podobała się Bogu, musimy silnie przejąć się wiarą, że Pan Jezus tu jest, pozostaje z nami aż do skończenia świata.
+ + +
Wszyscy ludzie, którzy dobrze żyją między sobą, kochają się, tacy lubią ze sobą rozmawiać, obcować, odwiedzać się. Podobnie Pan Bóg kocha ludzi i chce z nimi przebywać. Ale ponieważ człowiek z powodu osłony swego ciała, nie jest zdolny do oglądania Bóstwa, dlatego Bóg objawił się ludziom w postaci widzialnej, ludzkiej. I tak Abraham oglądał Boga w postaci trzech podróżnych, Mojżesz słyszał głos Boży z ognistego krzewu, naród żydowski patrzył na moc Boga i Jego dobroć w postaci obłoku lub słupa ognistego. Wszystkie jednak te objawienia, choć były liczne, były jednak chwilowe – Pan Bóg ukazywał się i znikał. Było to jednak za mało.
Dlatego druga Osoba Boża staje się Człowiekiem i tak żyje razem z ludźmi 33 lata, pracuje z nimi, rozmawia, cierpi, weseli się.
To prawda, że wielu ludzi mogło Go widzieć i słyszeć, nawet mogli Go dotykać. Ale cóż, to działo się w jednym tylko zakątku ziemi, wśród jednego narodu, więc tylko Żydzi żyjący 1900 lat temu mogli się cieszyć widokiem Boga wcielonego, a reszta ludzkości, ogromna część tego szczęścia nie dostąpi. I my także moglibyśmy mieć żal, że dla tamtych ludzi Bóg był tak dobry, a dla nas nie. Otóż, tak być nie mogło.
Św. Paweł mówi: „Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne (Rz 11,29). Pan Jezus raz oddał si e ludziom po to, aby dawać się ciągle i coraz więcej. Dlatego musi Pan Jezus zostać z nami, aby być jednorako dobrym dla wszystkich, i nieustannie musi pozostawać, bo my Go potrzebujemy. Patrzcie! Słońce oświeca i ogrzewa ziemię od tylu wieków, a kiedy skryje się zaledwie wieczorem na kilka godzin, zaraz nastaje chłód, wszystko się oziębia. Podobnie nie wystarczyło by to dla naszych dusz, gdyby Pan Jezus tylko dawniej był na ziemi, a teraz gdyby Go nie było, szybko by nasza wiara ostygła i miłość wygasła w sercu.
Pozostaje zatem z nami Chrystus, ale nie w widzialnej postaci ludzkiej, i nie w jednym tylko miejscu na ziemi, bo jakbyśmy Go widzieli, nie mielibyśmy żadnej zasługi wiary. On tymczasem chciał być z nami wszędzie. Dlatego przebywa pod postacią chleba, i choć jest pod postacią chleba jest prawdziwym Bogiem i żywym człowiekiem jak każdy, choć go teraz przykrywa osłona chleba. Jednak patrzy na nas, widzi i słyszy nas, czyta nasze myśli i przenika serca.
Pan Jezus jest przyjacielem naszym, a przyjaciel chciałby jak najdłużej z przyjacielem zostawać, więc zostaje Pan Jezus z nami długo, bo aż do skończenia świata. Pan Jezus jest naszym Ojcem, a przecież żaden Ojciec nie chce rozstawać się ze swoimi dziećmi. Otóż i Pan Jezus nie zostawił nas sierotami. Rodzice muszą kiedyś umrzeć a po śmierci z dziećmi swymi dalej już nie będą. Pan Jezus umarł, zmartwychwstał i dalej przebywa z nami.
A jeżeli Pan Jezus jest tak dobry dla nas, że w kościołach naszych jest ustawicznie obecny, to z jaką czcią i miłością mamy się dla Niego przyjmować. Pierwszą naszą myślą, gdy wejdziemy do kościoła powinno być: tutaj w tabernakulum przebywa żywy Pan Jezus.
Pewien kapłan, podróżując za granicą, raz z ciekawości chciał oglądać zbór protestancki, kościół luterański. Kiedy wstępował w próg tego kościoła, zdjął kapelusz. Widząc to kościelny, który go oprowadzał rzekł: Po cóż zdejmować kapelusz, teraz nie ma nikogo w kościele. O tak, nikogo nie ma w zborze protestanckim i stąd ów sługa kościelny nie cenił swego kościoła jak domu, lecz tylko jak korytarz lub sień, gdzie z nakrytą głową można się przechadzać.
Ale w kościele katolickim jest zupełnie inaczej. Tutaj zawsze, czy są ludzie, czy ich nie ma przebywa Bóg wcielony, Jezus Chrystus. Oto pierwsza nauka wypływająca z obecności Chrystusa Pana w kościele, w tabernakulum: abyśmy cenili i szanowali nasze kościoły.
A dalej, obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie pobudza nas do należytego zachowania się w kościele, do skupienia i modlitwy. Niestety, ileż to pod tym względem jest wśród nas niedbalstwa.
Kto by przypuszczał, że ludzie nawet w obecności Najświętszego Sakramentu mogą odważyć się na grzechy? A jednak tak jest.
Pewien pobożny człowiek wchodzą do kościoła zobaczył przy drzwiach diabła z ogromną kartką papieru. Pyta się go: Po co ci taki wielki papier? Diabeł odpowiada: Będę spisywał na nich grzechy popełnione w kościele. A gdzież ludzie tyle na grzeszą w domu Bożym – odpowiada człowiek. O może mi nawet nie wystarczy tego papieru – mówi diabeł. I rzeczywiście, przy końcu nabożeństwa zobaczył ten sam człowiek, jak zły duch rozciągał w pazurach kartkę papieru, bo mu już zabrakło miejsca na spisywanie grzechów.
Strzeżmy się, drodzy bracia i siostry, aby piekielny nasz wróg nie chełpił się, że nawet w kościele łowi nas w swoje sidła. Unikajmy wszelkich rozmów, spojrzeń niepotrzebnych, próżnych myśli.
Oprócz należytego zachowania się, wymaga od nas Pan Jezus obecny w Najświętszym Sakramencie, byśmy z nim rozmawiali, modlili się do Niego. Smutną oznaką byłoby, gdybyśmy się nudzili wobec Pana Jezusa. Z ludźmi łatwo nam rozmawiać godzinę i więcej, a ze Zbawicielem tak trudno? Nie wiecie co mówić do Chrystusa Pana? A czyż żadnych potrzeb nie macie? Może trapi was jakaś troska? Może kłopot w domu, może bieda, może choroba wam dolega. To wszystko trzeba Panu Jezusowi przedstawić!
Nieraz chcecie się użalić przed kimś, aby się wam lżej zrobiło, pragniecie? Oto Chrystus utajony w ołtarzu jest najlepszym naszym przyjacielem. Żadnych nie masz potrzeb doczesnych? A może dusza twoja znajduje się w opłakanym stanie? Może leżysz w grzechach nałogowych? Kiedy więc przyjdziesz do kościoła odezwij się do swego Pana: Jezusa! Ratuj mnie, bom nędzny, ulecz mnie, podźwignij mnie z grzechu! Jeśli sam nie masz żadnych potrzeb – módl się za drugich, za opuszczonych, za cały świat. I tak nie będzie ci się nudziło w kościele a Pan Jezus będzie zadowolony z twojej obecności.
+ + +
„Oto Ja jestem z wami… (Mt 28,20b). Gdy św. Jan Chryzostom swego czasu przedstawiał wiernym szczęście tamtych ludzi, którzy żyli i obcowali z Panem Jezusem, oni skarżyli się mówiąc: „I my także chcielibyśmy widzieć Zbawiciela, cieszyć się Jego obecnością, dotykać się Jego szat”. Ten wielki Święty słusznie im powiedział: „I wy Go widzicie, i wy Go dotykać”. Pan Jezus jest z nami, Bóg chce przebywać z nami, ale nie w ludzkiej postaci, aby nas nie upośledzić, lecz pod zasłoną chleba, a dla nas to lepiej, bo łatwiejszy mamy dostęp. Korzystajmy, zachowujmy się godnie, módlmy się.
Kiedy tak będziemy korzystać z obecności Zbawiciela, wtedy niezawodnie i po śmierci Pan Jezus, który chce być zawsze z nami weźmie nas do siebie.
Tutaj na ziemi on przychodzi do nas, po śmierci my pójdziemy do niego, aby się już nigdy nie rozłączyć.

Na niedzielę IV. po Świątkach
Czyszki, 20/VI.1915.

Nie bójcie się!

Najmilsi w Chrystusie Panu!
Kiedy Piotr zobaczył cud wielki spełniony przez Chrystu­sa Pana, cud, którym Apostołowie wielkie mnóstwo ryb ułowili, przeląkł się. Poznał bowiem wyraźnie, że w osobie Pana Jezusa ma przed sobą prawdziwego, wszechmocnego Boga. Pan Jezus us­pokaja św. Piotra, mówiąc doń: Nie bój się. Oby i nasze obawy uśmierzył, ułagodził Chrystus Pan. Różnego rodzaju może być bojaźń. Boją się ludzie utraty majątku, dobrego imienia, boją się cierpień, a najwięcej chyba obawiają się na tej ziemi – śmierci. I słusznie, bo kto życie utraci, wszystko utracił na tym świecie, nie mają już dla niego wartości ani bogactwa, ani honory, ani stroje, ani rozkosze żadne. My chrześcijanie jednakże powinniśmy tę bojaźń śmierci miarkować, ponieważ wiemy, że ze śmiercią kończy się wprawdzie wszystko na tej ziemi, ale się rozpoczyna natomiast życie inne, lepsze w wieczności.
Aby się więc przejąć tą odwagą chrześcijańską w obliczu śmierci, zastanowimy się dzisiaj za łaską Bożą jak mamy zachować się w niebezpieczeństwie życia i najpierw: 1) Poznany, że potrzeba w takim niebezpieczeństwie mieć ufność w Bogu; 2) Że nie należy narażać swego życia bez potrzeby na niebezpie­czeństwo; 3) Wreszcie, iż w chwili grożącej mamy w sobie obudzić żal za grzech doskonały, aby zapewnić sobie zbawienie wieczne.
I
Przyznam się Wam Drodzy Bracia i Siostry, że o czem innem mówić miałem dziś, i dopiero wczoraj, gdy głośniej niż dotychczas dał się słyszeć huk armat, zmieniłem swój zamiar. Nie uczyniłem jednak tego, jakoby nam jakieś poważne miało grozić niebezpieczeństwo – bo przecież nie na nas są skierowane te straszne działa, nie przeciw nam walczą żołnierze – ale przypadkiem cywilnego człowieka może trafić zabłąkana kula, i nad bezbronną ludnością nieraz pękają bomby rzucone z latawców, jak to mieliście sposobność zapewne czytać w gazetach, więc wszyscy powinniśmy teraz pamiętać na to i być gotowymi na śmierć. Zresztą to, co Wam powiem, potrzebne jest zawsze, bo zawsze – nie tylko w czasie wojny, zawsze życie nasze łatwo przerwać się może – jak pajęczyna.
To co Wam powiem, nie na służyć na to, aby Was przerazić, lecz owszem, aby odwagą natchnąć. Stąd najpierw rozważymy prawdę, że Bóg nami się opiekuje, że w Nim ufać mamy.
Wszyscy w to wierzymy, że jest jeden Bóg, który wszystko stworzył i wszystkiem rządzi. Rządzi Bóg słońcem i gwiazdami, kieru­je ruchem wiatru – bez Jego woli i kroku zrobić nie możemy, bez Jego woli i listek na drzewie się nie ruszy, bez Jego woli włos jeden z głowy naszej nie spadnie. I kule i pociski, które roznoszą śmierć na polu walki tan padają – gdzie Bóg chce lub dopuszcza. Stąd przysłowie nasze powiada: Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Więc jeśli Bóg nie zechce, aby nas co złego spotkało, nic się nam nie stanie.
Śpiewamy w Psalmie (CXII), iż Pan Bóg „ze swej niebieskiej góry wszystko, co w niebie i co jest na ziemi, oczyma widzi nieuchronionemi”. I nas widzi, ale nie tylko widzi – lecz opiekuje się nami. Stąd odzywamy się znowu do Niego w pieśni: Twoje oczy obrócone w dzień i noc patrzą w tę stronę, gdzie niedołężność człowieka Twojego ratunku czeka. Jak kura zwołuje i chroni kurczęta, gdy wrona lub jastrząb się ukaże, tak Bóg nad nami szczególniejszą roztacza opiekę, gdy nam jakieś grozi niebezpieczeństwo. Matka nie zestawiłaby dziecka samego, gdyby pożar wybuchł w domu, gdyby zwierzę jakie zbliżyło się, a Pan Bóg miałby nas opuścić wówczas, kiedy nam grozi co złego? Przenigdy! Wszak mówi w Piśmie św.: Izali może zapomnieć niewiasta niemowlęcia swego, aby się nie zlitowała nad synem żywota swego? Wszakże chociażby ona zapomniała, ja nie zapomnę ciebie. Więc bezpiecznymi czuć się możemy, kiedy tak potężnego mamy opiekuna. Ufając Bogu, możemy zasypiać spokojnie, albowiem On i w nocy czuwa troskliwie nad nami. Wiedzmy, że zbyteczna bojaźń obraża nawet Boga, gdyż przez taką trwożliwość okazujemy Mu niejako, iż albo On nami się nie zajmuje, albo nie potrafi nas uchronię od niebezpieczeństw. Pamiętajmy więc na słowa pieśni: Kto się w opiekę poda Panu swemu, a całem sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może, mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga, gdyż Bóg: W cieniu swych skrzydeł zachowa Cię wiecznie, pod Jego pióry uleżysz bezpiecznie.
II
Ale ufając Panu Bogu nie powinniśmy sami narażać się na niebez­pieczeństwo. Gdyby np. w okolicy naszej był teren walki, obowiązkiem naszem byłoby schronić się do jakiejś kryjówki, czy do piwnicy, a przynajmniej w domu powinnibyśmy siedzieć i nie wychodzić na zewnątrz. Strzeżonego Pan Bóg strzeże – mówi przysłowie. Kto lekkomyślnie się naraża na niebezpieczeństwo nie zasługuje na opiekę Bożą. Sam Bóg powiada w Piśmie św.: Kto miłuje niebezpieczeństwo zginie w niem.
Źle przeto postąpił sobie ów gospodarz, który w czasie najzaciętszych walk orał w polu, a gdy żołnierze go przestrzegali, aby się chronił przed kulami, odpowiadał: Ja tam nikomu nic nie winien – to nikt na mnie nie będzie strzelał. Cudu trzeba było, aby w takim razie ujść śmierci – ale Bóg dla zuchwałych cudów nie czyni.
Nikt rozsądny nie zostawia otworem drzwi w nocy, aby zło­dzieje się nie zakradli, żadna uczciwa kobieta nie wdaje się w rozmowy z ludźmi podejrzanymi, aby nie narazić swej cnoty na szwank – tak i każdy człowiek, chcąc uniknąć śmierci, powinien unikać niebezpieczeństwa.
A tak kiedy Bogu zaufamy i kiedy nie będziemy się narażali bez potrzeby na niebezpieczeństwo, uchronimy życic ciała – jeśli taka będzie wola Boża – a jeśli Bóg inaczej zarządzi – to i żadna ochrona nam nie pomoże – Pan Bóg i bez strzałów życie nam odebrać może.
III
Boimy się śmierci – ale dlaczego, czy cna taka straszna – wszak śmierć uwalnia od cierpień i nędzy ziemskiej. Wielu ludzi pragnie śmierci, aby utrapienia ich się skończyły.
Więc nie trzeba się bać śmierci, lecz tylko aby nie um­rzeć w grzechu ciężkim, aby nie stanąć na sądzie Bożym jako winowajca. Wtedy dopiero śmierć nasza byłaby straszna – bo nie byłaby ukończeniem cierpień ale początkiem męki wiecznej.
Cóż więc trzeba czynić, aby uniknąć śmierci złej, w grzechach ciężkich. Przystąpić do Sakramentu Pokuty św. do spowiedzi. W tym Sakramencie gładzi się wszystkie grzechy, Pan Bóg przebacza. Kto dopuścił się lekkiego przewinienia, chwilowo się rozgniewał, popełnił małe kłamstwo lub kradzież, taki choćby umarł bez spowiedzi, zbawionym będzie – ale komu ciężą grzechy wielkie, śmiertelne na sumieniu – musi się czemprędzej pojednać z Bogiem.
Gdyby ktoś z nos obraził jakiego sędziego i gdyby sta­nął przed nim na termin – starałby się zapewne, aby przed terminem jeszcze z tym sędzią się pogodzić, inaczej mógłby on z gniewu wydać na niego potępiający wyrok. Tak wszyscy ludzie z grzechem ciężkim na duszy zagniewali na siebie Sędziego-Boga może niezadługo wypadnie stanąć na terminie po śmierci – musza przeto jak najrychlej z Bogiem się pojednać.
Ale co mają czynić ci, którzy do grzechu ciężkiego się poczuwają, lecz nie mogą się wyspowiadać, nie mają pod ręką kapłana, któryby ich rozgrzeszył. Czy nie ma dla nich ratunku, gdy ich śmierć zaskoczy? Jest! Niech sobie wzbudzą żal za grzechy, żal doskonały, niech żałują nie tylko dlatego, że na piekło zasłużyli i niebo utracili, ale głównie dlatego, iż Boga tak dobrego, tak łaskawego, Ojca najlepszego ciężko 0brazili. A jeśli przytem zamiar mają przy sposobności najbliższej wyspowiadać, Pan Bóg zaraz im grzechy odpuści, bez spowiedzi dla tego, że żałują.
W jaki sposób można ten żal doskonały obudzić. Można tak np. mówić ustami i sercem: Boże mój żałuję z całego ser­ca – za wszystkie grzechy swoje, nie tylko dlatego żem przez nie zasłużył na sprawiedliwą karę Twoją w tem i w przyszłem życiu, lecz jeszcze bardziej dlatego, żem obra­ził Ciebie Ojca mego najlepszego, którego powinienem i chcę odtąd miłować nadewszystko. Za łaską Twoją o Boże postana­wiam sobie mocno życie swoje poprawić i już nigdy nie grzeszyć. W braku czasu i krótkie westchnienie wystarczy, np. Ach żałuję za me złości, jedynie dla Twej miłości.
Żebyśmy jednak w godzinie śmierci nie zapomnieli o żalu za grzechy trzeba się nam przyzwyczajać teraz za życia wzbudzać ten akt. Szczególniej mamy to czynie wówczas, gdy­byśmy mieli nieszczęście popełnić grzech ciężki – zaraz na­leży przeprosić Boga, bo nie wiemy, czy doczekamy do spowie­dzi. – W pewnym domu zachorował nagle ojciec – puściła mu się gwałtownie krew, posłano po księdza. Tymczasem synek mały, który niedawno przystąpił do pierwszej Komunii św. wziął krzyżyk do rąk, pokazał go ojcu i wymówił słowa: Ach żałuję za me złości, jedynie dla Twej miłości – Nim ksiądz przyszedł ojciec skonał, ale zapewne pojednany z Bogiem. Podobnie trzeba wzbudzać żal doskonały co dzień, wieczorem, gdyż zdarzyć się może, że śmierć nastąpi we śnie a wtedy nie będziemy mogli myśleć o żalu.
_________________________________________

Rzekł Jezus do Szymona: nie bój się. I do nas mówi Chrystus Pan w utrapieniach naszych: Nie bójcie się niczego, i śmierci się nie bójcie, bo to zależy od Mojej woli wszechmocnej, nie bójcie się, bo się Wami troskliwie opiekuję. Sami tylko w niebezpieczeństwo się nie narażajcie, a w niebezpieczeństwie żałujcie za grzechy.
Pan Bóg jest nieskończenie miłosierny, nie gniewa się zawzięcie jak ludzie, skory do przebaczenia. Przepraszajmy Go tylko i obrzydzajmy sobie występki nasze, a On da nam łaskę Swoją i błogosławieństwo teraz i na wieki. Amen.

Mottem naszych ćwiczeń duchowych niech będą słowa Psalmisty:
„…odnawia się młodość twoja jak orła”. (Ps 103,5b)

103
1 Błogosław, duszo moja, Pana,
i całe moje wnętrze – święte imię Jego!
Błogosław, duszo moja, Pana,
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy,
On leczy wszystkie twe niemoce,
On życie twoje wybawia od zguby,
On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,
On twoje dni nasyca dobrami:
odnawia się młodość twoja jak orła.
Miłosierny jest Pan i łaskawy,
nieskory do gniewu i bardzo łagodny.
Nie wiedzie sporu do końca
i nie płonie gniewem na wieki.
10 Nie postępuje z nami według naszych grzechów
ani według win naszych nam nie odpłaca.
11 Bo jak wysoko niebo wznosi się nad ziemią,
tak można jest Jego łaskawość dla tych, co się Go boją.
12 Jak jest odległy wschód od zachodu,
tak daleko odsuwa od nas nasze występki.
13 Jak się lituje ojciec nad synami,
tak Pan się lituje nad tymi, co się Go boją.
14 Wie On, z czego jesteśmy utworzeni,
pamięta, że jesteśmy prochem.
15 Dni człowieka są jak trawa;
kwitnie jak kwiat na polu.
16 ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma,
i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje.
17 A łaskawość Pańska na wieki wobec Jego czcicieli,
a Jego sprawiedliwość nad synami synów,
18 nad tymi, którzy strzegą Jego przymierza
i pamiętają, by pełnić Jego przykazania.

Wiemy, czym są rekolekcje, nieraz już je odprawialiśmy – to zbiór ćwiczeń duchowych trwających zwykle kilka dni – rekolekcje – jak sama nazwa wskazuje, to dni spędzone w zbieraniu, w skupieniu ducha, spędzone na osobności w oddaleniu od ludzi, a w towarzystwie Boga.
Czy z konieczności musimy brać w nich udział? Jeśli dobrze je odprawimy, odniesiemy wielką korzyć, jeśli źle, sprawią ogromną stratę w naszej duszy.
Każdy z nas lęka się zapewne, by na duszy swojej nie ponieść szkody, więc każdy pragnie je dobrze odprawić. Aby zatem lepiej się zachęcić do tego zbożnego dzieła, trzeba na wstępie rozważyć: 1. Potrzebę rekolekcji; 2. Jak należy je odprawić.
I
Mamy się odnowić na duchu. Pewnie, że jest to potrzebne. Iluż to ludzi przywiązanych jest do życia, urody i piękności ciała i pragnęłoby w podeszłych latach odmłodnieć. My, ludzie duchowi takich pragnień nie mamy, natomiast pożądamy bardzo odnowienia na duchu.
Do odnowienia zaś konieczne jest poznanie siebie samego. A właśnie rekolekcje do poznania siebie samego pomagają najskuteczniej. Wprawdzie codziennie odprawiamy medytacje, które nas oświecają w sprawie duszy, ale częstokroć to oświecenie jest zbyt powierzchowne. Zaledwie nieraz zebraliśmy myśli i zaczęliśmy wnikać w głąb naszego serca, zaczęliśmy odnajdywać przyczyny naszych upadków, a tu już drugi punkt medytacji czytają – i nasze badanie zostaje przerwane. Innym razem dobrze nam się uda odprawić rozmyślanie, lecz wkrótce oddajemy się sprawom, różnym zajęciom, zapominamy o wszystkim, i tak to zrozumienie siebie, poznanie Boga – jak owo ewangeliczne ziarno, które spadło przy drodze, bywa przydeptane.
Odprawiamy w ciągu roku i inne ćwiczenia: rachunek sumienia, spowiadamy się, przyjmujemy Komunię św., jednak te wszystkie święte czynności spełniamy bardzo pośpiesznie, bo nie mamy czasu, bo czekają na nas tysiące spraw. I tak łudzimy siebie tym brakiem czasu, nagłością rozmaitych spraw – niemożliwe nam się wydaje poznanie siebie i odnowa.
Lecz w czasie rekolekcji mamy właśnie czas, czas przyjemny według słów Apostoła – „Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia” (2Kor 6,2). Już nas nic nie nagli, sprawy przeróżne odsunięte od nas w zupełności, można się oddać badaniu samego siebie. Do tego zaś jeszcze pomaga łaska Boża. Obficie zlewa ją Bóg w tych dniach – oświeca ścieżki nasze – oświeca nasz cel – niebo i zbawienie.
Potrzebne są rekolekcje do odnowienia się na duchu, bo one jedynie głębiej zdolne są wstrząsnąć duszą (zakonną). Przez rok działają na nas różne pobudki: upomnienia, przykłady, uwagi, rozmyślania, czytania duchowe – ale pobudki te, dlatego, że są codzienne, spowszedniały nam, już nie robią na nas wrażenia. Stąd potrzeba koniecznie: większej ciszy, ściślejszej klauzury, więcej modlitwy, aby rzeczywiście duszę (zakonnika) zachęcić do odnowienia się, do zmiany życia na lepsze, do energiczniejszej pracy nad sobą. A oto rekolekcje wszystko nam to ułatwiają i pobudzają razem z łaską Bożą do odnowienia się na duchu.
Rekolekcje są potrzebne jako przygotowanie się na śmierć. Nie wiemy dnia, ani godziny, w której Syn Człowieczy przyjdzie, nie wiemy, kiedy Syn Boży zawoła nas przed swój Sąd – musimy być przeto gotowi jak ewangeliczni słudzy. A nie wystarczy tu liczyć na nieskończone miłosierdzie Boże, że Bóg będzie miał wzgląd na nas. Bóg ma wzgląd na wielkich grzeszników, żyjących w świecie, którym niejednokrotnie użycza łaski nawrócenia, skruchy w ostatnim momencie życia – nam zaś użyczyć wprawdzie może, ale sądzić będzie surowiej niż innych.
Sługa, który poznał wolę Pana swego, a nie przygotował się według niej, będzie karany wielce. My nie tylko mamy zejść z tego świata w stanie łaski, nie tylko z wielką biedą przecisnąć się przez bramę zbawienia, my powinniśmy stanąć przed sądem Bożym oczyszczeni i wybieleni nad śnieg pokutą, stanąć z rękami pełnymi zasług.
A kiedy o tej pokucie, zbieraniu zasług mamy pomyśleć tak na serio, naprawdę, jeśli nie na rekolekcjach? Oto dlaczego rekolekcje są nam tak potrzebne.
II
Co należy czynić, aby dobrze odprawić rekolekcje? Trzy czynniki składają się na dobre odprawienie ćwiczeń duchowych: 1. Bóg; 2. Dusza rekolektanta; 3. Przewodnik lub książka, z której czerpie się tematy do rozmyślań.
Otóż chcąc zapewnić sobie pomoc Bożą na rekolekcjach, trzeba się modlić jak najwięcej. Pan Bóg wprawdzie zawsze ma otwarte skarby łask swoich, ale jeśli my prosimy Go usilnie, kołatamy wytrwale do Jego miłosierdzia, wówczas ten Ojciec nasz niebieski staje się rozrzutnym i obsypuje nas tak wielkimi łaskami, tak cennymi, że my nawet sami nie przypuszczamy, że ten miłosierny Bóg był dla nas tak łaskawy. Gdy będziemy się modlić gorąco, wtedy wyjdziemy z rekolekcji niewątpliwie uświęceni. Mimo dotychczasowego życia oziębłego, grzesznego – możemy zmienić się w świętych. Nie lękajmy się tylko żadnych ofiar, miejmy ufność w Bogu, a z pewnością młodość nasza odnowi się jak orła.
Módlmy się przeto, bierzmy gorący udział we wszystkich wspólnych ćwiczeniach, módlmy się prywatnie – ustawicznie. Nie chodzi tu o ciągłe wymawianie modlitw ustami, ale o to częste wzdychanie do Boga.
Drugim czynnikiem w rekolekcjach, to sam rekolektant. Nie troszczmy się zbytnio o to, jaki przewodnik, jaka książka do rozmyślania – to rzecz trzeciorzędna – sami przede wszystkim mamy przyłożyć rękę do pracy nad sobą. Nauki, czytania, choćby nie wiem jak były piękne, nic nam nie pomogą, kiedy my sami w siebie nie wnikniemy, nie zbadamy przyczyn naszego smutnego stanu, gdy my sami nie zwrócimy się ku dobru. Więc trzeba nam pracować. A jak? Oto najpierw usunąć przeszkody utrudniające tę pracę, a zatem niezbędne jest odosobnienie i milczenie. Niech nas nie obchodzi w tych dniach cały świat, my mamy się zająć tylko Bogiem i swoją duszą. Następnie potrzeba rozważać. Nad czym? Nad słyszaną, czy odczytaną nauką.
I wreszcie przychodzi trzeci czynnik, t. j. przewodnik duchowy. Nie potrzeba i nie powinno się brać pod uwagę jego osoby – niech on sobie będzie jaki chce: mądry, czy niemądry; stary czy młody; święty czy grzesznik – mniejsza o to – my upatrujemy w nim tylko posłańca Bożego – słuchajmy jego głosu jako mowy Boga. Jego rady, żądania, napomnienia – to sam Bóg radzi, żąda, napomina.
+ + +
W ten sposób odprawione rekolekcje odnowią w nas ducha. Będziemy latali na drogach doskonałości i odpoczywali w objęciach Ojca Niebieskiego. Czyż dusza nasza i serce nie rwie się do lepszych darów, do lepszego życia, czy nie pragnie się wzbić na wyżyny doskonałości? O, jest tam w głębi istoty naszej ten poryw wspaniały. Nie przytłumiajmy go tylko, ale rozwijajmy. Wsłuchajmy się w upomnienia Apostoła: „…przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie”. (Jk 1,21b-22).

Kazanie wygłoszone w 2. Niedzielę Wielkiego Postu
Czyszki, 28.02.1914

„Wtedy Piotr rzekł do Jezusa:
«Panie, dobrze, że tu jesteśmy…”
(Mt 17,4a)

Pan Jezus przewidywał, przeczuwał, że się zbliża okrutna Jego męka i śmierć na krzyżu. Wiedział dobrze, że jego uczniowie w czasie tej męki zachwieją się i w wierze, i w miłości do Niego. Widział jasno, jak ci uczniowie opuszczą Go i nie będą go wcale bronili przed napaścią Żydów. Pan Jezus to wszystko czuł, a pragnąc, żeby Jego apostołowie zupełnie nie stracili wiary, przemienia się przed nimi na górze Tabor. Pokazuje im swoją chwałę: oblicze bowiem jego rozjaśniało tam jak słońce, a szaty Jego stały się białe jak śnieg – pokazuje im Chrystus Pan, że nie jest zwykłym człowiekiem, ale prawdziwym Synem Bożym.
Nie ujrzeli apostołowie całej chwały i majestatu Pana Jezusa, ale tylko małą cząsteczkę, rąbek zaledwie, a jednak taką z tego odczuli radość i rozkosz, i szczęście, że św. Piotr zawołał: Panie dobrze jest nam tu być! Cóż dopiero za szczęście ogarnęło by ich, gdyby ujrzeli chwałę niebieską w całej pełni. Z pewnością by to ich pokrzepiło i umocniło na duchu i niczego by się odtąd nie bali, wszystko by chętnie znosili, aby tylko osiągnąć wieczną radość w niebie.
I nam wszystkim bardzo by się przydało ujrzeć choć odrobinę, choć skrawek nieba, tego miejsca, gdzie święci aniołowie z Bogiem królują. Lecz któż nam odsłoni to niebo? Oczyma ciała nie będziemy mogli zaglądać do niebieskich przybytków, ale za pomocą wiary wolno już nie na cząstkę nieba, lecz na całe szczęście w niebie patrzeć.
Za pomocą wiary patrzeć w niebo, to znaczy rozważać o niebie, rozmyślać zgodnie z naszą wiarą świętą i nauką Kościoła katolickiego. To rozważanie o niebie będzie nam bardzo przydatne, abyśmy w tych smutnych czasach mogli wytrwać, i abyśmy te wszystkie utrapienia umieli mężnie, po chrześcijańsku znieść.
Przy pomocy Bożej zastanówmy się zatem najpierw nad tym, po pierwsze: Czego w niebie nie ma? A po drugie: Co jest w niebie i co ma nas kiedyś na wieki uszczęśliwić.
I
Dziwi was może, że chcę mówić najpierw o tym czego w niebie nie ma. A jednak nie mogę inaczej postąpić, bo jak pisze św. Augustyn „łatwiej powiedzieć czego nie ma, niźli co jest w niebie”. Zresztą, poznawszy czego w niebie nie ma, będziemy już mieli jakie takie pojęcie o szczęściu wiecznym.
Otóż, wybrani w niebie są wolni od wszelkiego zła. Tutaj na ziemi jest wiele nieszczęść, wiele rozmaitych utrapień. Jednym dokucza ubóstwo i nędza ostatnia tak, że muszą nieraz wyciągnąć rękę i prosić o jałmużnę.
W niebie wszyscy są bogaci, nikt nie cierpi biedy. Św. Jan Apostoł przyrównuje niebo do wielkiego miasta: mury tego miasta z drogiego kamienia, bramy z pereł, ulice z najczystszego złota i jak szkło przeźroczyste (Por. Ap 21)
Na tej ziemi ciało ma wiele potrzeb, domaga się dla swego podtrzymania pokarmu, napoju, spoczynku. Tymczasem nie zawsze może to wszystko mieć, dlatego cierpi głód pragnienie, zmęczenie. W tym roku (był to 1914 r.) zwłaszcza, mnóstwo ludzi znajduje się bez kawałka chleba, niejednej matce i ojcu serce rozdziera żal, gdy słyszy jak dzieci wołają o pokarm, a tu tymczasem nawet łyżki strawy nie ma w domu. W niebie zupełnie jest inaczej. Pismo Święte mówi że, tam „Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”. (Ap 7,16-17). Nie potrzeba w niebie żadnego pożywienia, ani dla duszy, ani dla ciała. Dusza zresztą na tym świecie żadnych pokarmów nie używa, a i ciało nasze, jeżeli kiedyś dostanie się do nieba, będzie uduchowione, delikatne, nieśmiertelne, więc bez wszelkich pokarmów będzie mogło się obyć.
Nie ma też w niebie męczącej jakiejś pracy, nie ma chorób, nie ma śmierci. Św. Jan pisze: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». (Ap 21,4). Tutaj na ziemi jednego trapi choroba, drugi doznaje krzywdy od sąsiadów, inny wreszcie od własnej żony lub dzieci cierpi upokorzenie i szyderstwa. „W niebieskiej ojczyźnie – pisze pewien uczony (Hugo?) – jest życie bez śmierci, młodość bez starości, zdrowie bez słabości, spoczynek bez pracy, radość bez smutku, zgoda bez zwady, światłość bez ciemności, piękność bez zwiędnięcia, rozkosz bez goryczy…, słowem, morze szczęścia”.
Na ziemi jest tyle utrapień, dlatego że ludzie grzeszą. Grzechy są przyczyną wojny. Przez grzech nie jeden lub nie jedna traci dobre imię, naraża się na wstyd i hańbę. Również z grzechu pochodzą wszystkie gniewy, swary i kłótnie. „W niebie tego nie ma, bo nie ma tam grzechu – powiada św. Augustyn – ani pokus, ani pożądliwości, nie ma kary, ani wątpliwości”. Kiedy komuś dobrze się powodzi i jest szczęśliwy, to zaraz znajdują się nieprzyjaźni ludzie, zawistni, którzy mu tego szczęścia zazdroszczą. Nikt zatem nie może powiedzieć, że jest mu tak dobrze na świecie, bo gdyby nawet tak było, to nawet dlatego nie jest zupełnie szczęśliwy, bo mu inni tego szczęścia zazdroszczą.
W niebie nie ma zazdrości, chociaż tam jeden od drugiego jest szczęśliwszy w zależności do zasług, lecz nikt nikomu nie zazdrości. Św. Franciszek Salezy zrobił takie porównanie: Dwójka dzieci dostaje od swojego ojca suknię z tego samego materiału, ale mniejsze dziecko nie zazdrości większemu, że ma większą sukienkę, i słusznie bo przecież ta większa nie przydałaby się mu na nic. Tak samo jest w niebie, gdzie wszyscy się kochają i każdy jest zadowolony ze swego szczęścia, i nie pragnie radości większej, którą posiada drugi, bo wie, że tamta radość jest dla niego nieodpowiednia.
Szczęście ziemskie jest zbyt kruche. Łatwo je można utracić, lecz kto się dostanie do nieba, nie musi się już obawiać, że stamtąd zostanie kiedyś wypędzony. „Sprawiedliwi wejdą do żywota wiecznego” – mówi Pan Jezus, a więc na wieki żyć będą w szczęściu, a ich radości nikt im nie odbierze. Wielcy panowie, książęta i królowie płacą dożywotnią pensję tym, którzy im długie lata służyli, a nawet wynagradzają i wtedy kiedy już im przestali służyć. Pan Bóg najwyższy z królów, jeszcze hojniej płaci – daje nagrodę wieczną.
„Panie, dobrze nam tu być” – mówi św. Piotr do Pana Jezusa na górze Tabor. O ileż słuszniej wołać mogą do Boga błogosławieni w niebie: „Panie, dobrze nam tu być”. Bardzo dobrze musi być w niebie, bo tam nie ma ani ubóstwa, ani głodu, ani żadnych cierpień, ani śmierci, ani zazdrości, ani obawy i strachu.
Jak gorąco wtedy powinniśmy pragnąć nieba! Kiedy rozważyliśmy, jak dobrze jest w niebie, nie powinniśmy podążać za przyjemnościami ziemskimi. A zatem należy się brzydzić każdą grzeszną przyjemnością, bowiem w każdej grzesznej przyjemności znajdzie się tylko kropla słodyczy, a cała rzeka trucizny. Każdy grzech podobny jest do zakazanego owocu w raju, wydaje się on miły, ale jak tylko się go skosztuje, zaraz przychodzą wyrzuty sumienia, wstyd i zgryzota.
Szczęśliwa więc jest ta dusza, która stroni od gorzkich rozkoszy świata, a tęskni za niebem, gdzie nie ma żadnej domieszki zła lecz samo dobro i szczęście.
II
Pewien bogaty Anglik obiecał słynnemu malarzowi wielką nagrodę jeśli namaluje słońce. Malarz długo się nad tym głowił, dobierał rozmaitych farb i wreszcie wymalował słońce. Lecz kiedy malarz przyniósł obraz do owego bogatego człowieka, ten odezwał się do niego: „To jest słońce? Coś namalował? Wcale to nie jest podobne do słońca na niebie. Na twoje słońce mogę patrzeć prosto, gdybym zaś popatrzył na słońce niebieskie, zaraz bym oślepł. Maluj jeszcze raz, ale jaśniej, niech z płótna świeci tak, jak na niebie”. Malarz poznał kaprys człowieka, więc powiedział do niego: „Dobrze, panie, będę malował, ale zamocz mój pędzel w jasności słonecznej, jeśli dasz mi taką farbę, ja namaluję ci prawdziwe słońce. Ale tymczasem, niestety, musisz przyjąć ten obraz, malowany farbami ziemskimi.
Tak, jak ten malarz nie mógł namalować słońca, tak i ja mogę opisać co znajduje się w niebie. Wszelki opis ludzki w porównaniu z niebem jest podobny do malowanego słońca. Trzeba bowiem być w niebie, aby opowiedzieć co się tam znajduje.
Co jest w niebie? Co uszczęśliwia aniołów i świętych? Zaledwie możemy mieć o tym przybliżone tylko pojęcie, gdy popatrzymy jak piękna jest ziemia w lecie, w jasny, pogodny dzień, jak dojrzewają na łąkach kwiaty, jak zielenią się ogrody i lasy. O ileż pięknie musi być w niebie! Świętym nie trzeba będzie światłości świecy, ani światłości słonecznej: „I odtąd już nocy nie będzie. A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków”. (Ap 22,5). Zresztą, sam Jezus mówi: „Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego”. (Mt 13,43). Ciała świętych będą nadzwyczaj piękne, szybkie i z łatwością przenoszące się z jednego miejsca na drugie. Uszy, które tutaj na ziemi słyszą tyle jęków i narzekań, będą się napawać, ponad wszelkie pojęcie, miłym i dźwięcznym śpiewem aniołów, a błogi zapach świętości będzie otaczać wszystkich, jak nas otacza powietrze. Zresztą tak pisze św. Jan w Objawieniu: „Potem usłyszałem jak gdyby głos donośny wielkiego tłumu w niebie – mówiących: «Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc u Boga naszego” (Ap 19,1)., a głos był jakby grających na cyfrach i napełnione było miasto święte jakby zapachem najwonniejszych kwiatów.
Z tego piękna, które widzimy na ziemi wyrabiamy sobie jakieś pojęcie o niebie, ale to pojęcie jest bardzo niedokładne i słabe. Gdyby, np. krowy umiały myśleć, to pomyślała by pewnie, że ich gospodarz musi jeść bardzo dobre siano, że tak pięknie wygląda. Często, my wygnańcy tej ziemi określamy szczęście niebieskie na podstawie szczęścia i przyjemności ziemskich, i czasem podobni jesteśmy do tej krowy, rozkosz widzimy w bardzo dobrym sianie. Tymczasem między szczęściem ziemskim a niebieskim zachodzi wielka różnica, podobnie jak między pokarmami ludzkimi a sianem. Św. Paweł Apostoł, który miał objawienie rozkoszy wiecznej, nie potrafił tego opowiedzieć ludziom: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1Kor 2,9).
Szczęście w niebie jest tym większe, że nie będziemy tam sami, ale w towarzystwie aniołów i świętych. Tam odnajdziemy drogie nam osoby, które odeszły przed nam. Rodzice spotkają się tam z swoim synem, którego teraz na ziemi gorzko opłakują, dzieci połączą się ze swoimi rodzicami, mąż znajdzie swoją żonę, przyjaciel przyjaciela.
Na tym świecie, chociaż żyjemy pośród osób najulubieńszych i najlepszych, nigdy, ani w rodzinie, ani między przyjaciółmi nie znajdziemy doskonałej miłości, bo my wszyscy, bez wyjątku, mamy swoje wady, które osłabiają i studzą wzajemną miłość. W niebie nie ma żadnych wad ani ułomności, dlatego wszyscy zawsze gorąco się kochają, i jak powiada pewien świątobliwy zakonnik, w ojczyźnie niebieskiej nawet zupełnie obcy sobie ludzie, bardziej się miłują, niż najczulsi rodzice swoje dzieci.
Wszystko co dotychczas powiedziałem, to jeszcze nie stanowi prawdziwego nieba. Istotę szczęście błogosławionych zawiera się, według św. Alfonsa w tym jednym krótkim słowie: Bóg. Jeżeli oglądając stworzenia, doznaję ogromnej nieraz przyjemności, to co dopiero będzie, gdy będę oglądał ich Stwórcę. Jeżeli przyjemnie jest obcować z ludźmi dobrymi i życzliwymi, o ileż bardziej będzie miłe przebywanie w towarzystwie najlepszego, najświętszego Ojca naszego Boga. Pomyślcie o jakiejkolwiek przyjemności i rozkoszy, a każdą znajdziecie w stopniu nieskończenie doskonałym. Bóg jest morzem szczęścia. Będziemy więc mogli, według słów Pisma św. upoić się hojnością domu Bożego, hojnością nieba i zatopić się w strumieniach rozkoszy. Bóg wprowadzając nas do nieba powie jak niegdyś rzekł do Abrahama: „Jam jest zapłatą twoją zbyt niewielką”, i odda się nam w posiadanie na wieki.