„Uboga chata polska i typowa polska „wieś zapadła”, były gniazdem, z którego wyszedł ojciec Wenanty Katarzyniec. Wieś zwała się Obydów, chata oznaczona była numerem 8O. Obydów leżał w Małopolsce wschodniej, czterdzieści sześć kilometrów na północny wschód od Lwowa. Wieś była „zapadła”: nie było dojazdu koleją, nie było poczty, brakowało wygodnej drogi bitej, którą by się można tam dostać. Nawet parafii nie było na miejscu, do kościoła parafialnego chodzili mieszkańcy Obydowa, do najbliższej Kamionki Strumiłowej. We wsi była tylko jednoklasowa szkoła wiejska pierwszego stopnia, do której uczęszczały dzieci przez dwa lata, ucząc się wspólnie i jedna była tylko siła nauczycielska. Obydów był również wsią pospolitą. Stanowiły ją proste, słomą kryte chaty ubogich, otoczone nielicznymi drzewami owocowymi, a częściej jeszcze zwykłymi wierzbami. Były w Obydowie i zabudowania bogatsze, ale te należały do wyjątków. Nie było w bliskości ni gór, ni specjalnie urozmaiconego krajobrazu, a tylko las stanowił przedmiot, na którym zatrzymywało się oko widza. Poza tym rozciągała się równina o nieznacznych wzniesieniach, zarazem i prosta jak życie mieszkańców Obydowa. W tej to wsi, w chacie numer 80 zamieszkiwało w roku 1889 młode małżeństwo: Jan Katarzyniec i żona jego Agnieszka, z domu Kozdrowicka. Oboje byli bardzo ubodzy. Chata ich była również słomą kryta, była w niej tylko jedna izba mieszkalna, której podłogę stanowiła ubita glina. Znajdowała się pod tym samym dachem jeszcze tak zwana „komora”, ale służyła ona raczej jako skład względnie spiżarnia. Do chaty przylegał wprawdzie tak zwany „sad”, ale właściwie było to zaledwie parę jabłoni i kilka dzikich krzewów – jak często bywa na wsi wokół ubogiej chaty. Młode małżeństwo miało z początku również bardzo mało ziemi ornej, bo zaledwie półtora morga. Toteż Jan Katarzyniec trudnił się poza rolnictwem także i krawiectwem. Nie był dobrym krawcem, ale – jak mówiono na wsi – „patałajką”. Bogatszy sąsiad tak określił zdolności krawieckie Jana Katarzyńca: „Rzadko coś nowego robił. Najczęściej stare rzeczy przerabiał, nicował, łatał, garnitur z taty przerabiał na syna, ze starych spodni ojcowskich robił cały garnitur na szkolarza itd”. Praca tego rodzaju przynosiła jednak pewne dochody i wkrótce po ślubie mógł Jan Katarzyniec dokupić sobie z zaoszczędzonych pieniędzy jeszcze jeden mórg pola. Tylko raz w życiu udało mu się w ten sposób podnieść stan swego posiadania, już do końca pozostał małorolnym.

Swoją biedą nie bardzo się martwił. Przeciwnie: był raczej usposobienia pogodnego, a nawet wesołego, uważał, że to, co ma, jest wystarczające, więcej nie pragnął i innym nie zazdrościł. Sąsiedzi podziwiali jego wesołość, do której tak mało miał podstaw, zważywszy jego warunki materialne. Żona jego Agnieszka była bardziej zapobiegliwa i jak każda kobieta z ludu lubiła grosz. Biedni zazwyczaj grosz cenią, bo go rzadko mają, a wiedzą, jak ciężko bez niego żyć.

Nikt z sąsiadów nie mógł sobie przypomnieć, aby tych dwoje ubogich ludzi stało się kiedykolwiek przyczyną sporów, kłótni lub niezgody. Wielu natomiast zapamiętało bardzo dokładnie, że często w niedzielę lub dni świąteczne, kiedy już wszyscy opuścili kościół parafialny, Jan Katarzyniec z żoną zostawali i modlili się długo samotnie. Wielu też zapamiętało, że z Katarzyńcami nie można się było pogniewać, gdyż zawsze ustąpili i gotowi byli raczej z własnego zrezygnować, niż dopuścić do niezgody i obrazy Boga. Albowiem choć w ich ubogiej chacie brakowało często wszystkiego, to na pewno pełno było tam Boga.

Bóg też miał ich pobłogosławić szczególnym potomstwem, którego życie kreślimy. 7 października 1889 roku urodził się ubogim małżonkom chłopiec, a jego przyjście na świat stało się źródłem prawdziwej radości tych szczerze pobożnych ludzi. W pięć dni po urodzeniu, 12 października, powieziono dziecko do kościoła parafialnego w Kamionce Strumiłowej i na chrzcie świętym nadano mu imię Józef. Uroczystości chrzcin na wsi są nawet u najbiedniejszych prawdziwą radością i bywają obchodzone ze szczerą wesołością. Wesoło też było w ubogiej chacie Katarzyńców. Lecz po uroczystości już nikt nie zwracał na nich specjalnej uwagi, nie interesował się szczególnie dzieckiem, które przecież, z biedy się wywodząc, nie było bynajmniej odpowiednim przedmiotem zainteresowań.

Fragment biografii: O. Albert Wojtczak, Wenanty Katarzyniec, franciszkanin