O ojcu Wenantym dowiedziałam się przez „przypadek”, co w moim przypadku było jak ostatnia deska ratunku. Niewiele myśląc wsiadłam w samochód i pojechałam 300 km do Niego. Było to krótko przed świętami Bożego Narodzenia. Przyjechałam do Kalwarii Pacławskiej, a tam wszędzie pusto i główne drzwi pozamykane. Mówię sobie, no ja to mam wyjątkowego pecha, pomodliłam się przy pomniku obok bocznych drzwi i mówię sobie, no nic jadę z powrotem, ale weszłam na chwilę do sklepu obok kościoła, i pan mi mówi, że kościół jest otwarty, bo choinki przywieźli i będą stawiać. Więc zajechałam jeszcze do tego cudownego źródełka po wodę, ale oczywiście nic nie było – woda zakręcona. Mówię sobie, trudno widocznie, nie dla mnie ta pomoc, zbyt grzeszna jestem. Ale wróciłam jeszcze na chwile pod kościół i widzę, że do bocznych drzwi wszedł mężczyzna i ja szybko za nim i tak o to stanęłam przed obliczem Matki Bożej Kalwaryjskiej. Szczęście mnie spotkało, że byłam tam praktycznie sama. Zostawiłam moje prośby na grobie Ojca Wenantego i to, o co prosiłam spełniło się. Po kilkunastu latach prowadzenia działalności musiałam ogłosić bankructwo, ale po modłach do Wenantego udało mi się zarobić takie pieniądze, które były potrzebne na prowadzenie sprawy przez prawnika. Córka otrzymała spadek od dalekiego krewnego i powoli wychodzę na prostą. Ojciec Wenanty ma dużą moc i polecam każdemu.

Justyna