Pokój i Dobro! Nazywam się Paulina i chciałabym Tobie opowiedzieć o cudzie, który dokonał się w moim ciele za sprawą Ojca Wenantego Katarzyńca. W 2018 roku dowiedziałam się, że jestem w stanie Błogosławionym. Cieszyłam się, bo bardzo chciałam mieć drugie dziecko. Wszystko układało się pięknie. Nowa praca i pracodawcy, którzy pomimo mojej ciąży podpisują umowę, bo przecież nie można dyskryminować kobiet w tym stanie. Wizyty u ginekologa potwierdzają, że ciąża jest zdrowa i dzieciątko rozwija się prawidłowo. Około 16 tygodnia ciąży coraz częściej odczuwałam bóle w podbrzuszu, które tłumaczyłam stresem w związku z nową sytuacją. Jednak podczas rutynowej wizyty u lekarza okazało się, że moja szyjka macicy skróciła się jedynie do 2 cm, co jest niebezpieczne i dla utrzymania ciąży należy się położyć i prowadzić bardzo oszczędny tryb życia. Tak zrobiłam. Przeszłam na urlop, położyłam się w domu i czekałam do kolejnej wizyty. Po 2 tygodniach okazało się, że szyjka, pomimo wszystko skraca się dalej i już jest jedynie 1,5cm. Decyzja szpitala, leżenie plackiem. Nie było to dla mnie łatwe, tym bardziej, że w domu musiałam zostawić nieco ponad rocznego synka. Wcześniej nie rozstawaliśmy się na tak długo. W szpitalu pomimo bezwzględnego leżenia szyjka skróciła się do 0,5cm. W tym czasie otrzymałam od znajomego zakonnika obrazek Ojca Wenantego oraz maluteńki fragment materiału, na którym były przenoszone doczesne szczątki Ojca Wenantego do nowego grobu. Rozpoczęłam okres gorliwej modlitwy, prosząc o potrzebne łaski. Odmawiałam codziennie nowennę, która była zamieszczona na odwrocie obrazka. Byłam bardzo zdeterminowana i pewna siebie, nie dopuszczałam do siebie innej wersji niż tej, że Pan Bóg nie pozwoli, aby się nie udało, chociaż fakty wskazywały na to, że nie ma szans. W 20 tygodniu ciąży na badaniu w szpitalu lekarz stwierdził, że szyjka jest zupełnie otwarta. Zarówno mnie jak i lekarza zmroziło, bo wiedzieliśmy, co to oznacza, wiedzieliśmy, że w każdej chwili mogę poronić. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, że mogę stracić to dziecko. Dlaczego Pan Bóg na to pozwala? Dziecko było zdrowe i pięknie się rozwijało, to ze mną było coś nie tak. Przyszedł czas na podjęcie decyzji. Lekarz przekazał mi informację: Sytuacja jest ciężka. Istnieje możliwość założenia szwu okrężnego, u Pani jest już na to za późno, jednak zważywszy na to, że nie mamy innej opcji to ja mogę podjąć się takiego zabiegu, aczkolwiek jego powodzenie szacuje na 20%. Druga opcja, to czeka Pani leżąc, jak długo się da i liczy na to, że uda się dotrzymać ciążę do przedwczesnego porodu, jednak patrząc na progres według mnie jest Pani w stanie utrzymać tę ciąże jedynie 4 tygodnie, a to będzie nadal za wcześnie by dziecko przeżyło na zewnątrz. Ma Pani czas na decyzje do końca dnia, bo zabieg powinien odbyć się jak najszybciej. Gdy lekarz wyszedł wybuchnęłam płaczem. Dlaczego? Dlaczego Boże tak mnie doświadczasz? Czemu to dziecko jest winne? Modliłam się, płakałam, konsultowałam z rodziną, ze znajomymi z pielęgniarkami, dzwoniłam do różnych ludzi, o których wiedziałam, że mieli podobne doświadczenia. Pomimo wielkiego strachu ciągle jednak czułam, że to niemożliwe. Pan Bóg uchowa to dziecko. Zupełnie na sucho podjęłam decyzje parę godzin później. Przekazałam rodzinie ostatecznie decyzję, że chcę, aby wykonano zabieg. Chciałam czuć, tak po ludzku, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby dać możliwość życia mojemu dziecku. Jeśli się uda, to będzie sukces, jeśli nie, to widocznie taki Bóg ma plan i przyjmę to mimo wszystko, z trudem, ale przyjmę. Tuż przed zabiegiem odmówiliśmy z rodzicami i mężem różaniec. Nie wiem, czy wiesz, co czuje matka, którą wiozą łóżkiem na zabieg, od którego zależy czy dziecko w Twoim łonie przeżyje. Twoje dziecko, jednak to nie Ty…, to nie twoja druga głowa, trzecia ręka czy drugie serce, to człowiek, którego istnienie w tym momencie zależy od twojej decyzji. A co jeśli się nie uda? Paraliż, strach i łzy, w ręku trzymałam różaniec a pod poduszkę schowałam obrazek i „relikwie” Wenantego. Obudziłam się po zabiegu, pytam położnej: udało się? Cisza…, Udało się? Tak dziecko, udało się, śpij, odpocznij. Pytam, ile to trwało? Jakieś 15 min…, cicho już śpij. Czułam niepokój, pomimo wszystko… Przywieźli mnie na moją salę, na niej czekał mąż i rodzice. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Chcieli, abym odpoczęła, sami na pewno też chcieli odsapnąć. Pomyślałam, o nie! Jak potrzebowałam pomocy to nie ustawałam na modlitwie, a teraz gdy się udało to idę spać?! Odmówiliśmy różaniec. W nocy przyszedł lekarz, by skontrolować czy wszystko jest OK. Po badaniu stwierdził, że to nie jest jeszcze oczywiste czy się udało, bo mogli podczas zabiegu przebić pęcherz płodowy, bo coś się sączy i dopiero następne 3 dni pokażą. Pomyślałam wtedy, „cholera!” Czułam to! Czułam, że to nie koniec, ten niepokój aż wyrywał mi serce. Lekarz powiedział, że idzie na inny zabieg, a póżniej przyjdzie jeszcze raz sprawdzić i wykona badanie testem czy to wody płodowe, bo go to niepokoi. Kolejny płacz, strach, żal i milion pytań. Dlaczego? Powiadomiłam rodzinę i znów wróciłam do modlitwy; modlitwy podczas, której wydarzył się cud! Żal rozpierał moje serce, płakałam mocno i pytałam Boga: dlaczego wciąż jest wobec mnie obojętny, czułam, że wciąż jest między nami jakiś mur i Bóg podjął decyzje w mojej sprawie i nie pozwala na urodzenie się tego dziecka i jest w tym nieugięty. Wtedy modliłam się tymi słowami: Wenanty uproś naszego Boga w moim imieniu, aby stał się cud, uproś by zmienił w mojej sprawie decyzję. Boże przecież Wenantemu też potrzebny jest cud, jeśli na to zezwolisz, będę o nim świadczyć. Maryjo, stałaś pod krzyżem swego syna, Ty wiesz, co to cierpienie z powodu utraty swojego dziecka. Błagam Cię, uproś Swego Syna, aby pozwolił urodzić się temu dziecku. Wtedy zobaczyłam obraz, jak Bóg siedzi na tronie, wysokim i stabilnym. Nie widziałam dokładnie Jego twarzy, był półmrok, jednak czułam, że patrzy w dal bardzo pewnym i surowym wzrokiem omijając mnie. Maryja stała u jego boku lekko pochylona ze złożonymi rękami, jej wzrok był wlepiony w Syna, jej twarz była pełna troski i nadziei. Obok Maryi, nieco bardziej z tyłu klęczał pokornie Ojciec Wenanty. Jego twarz była również pełna troski, a głowa opuszczona w podłogę. Jego dłonie złożone do modlitwy były mocno zaciśnięte i skierowane w stronę Boga. Wtedy Bóg spojrzał na Maryję i litościwie skinął głową okazując wielkie miłosierdzie. Ona wdzięcznie się uśmiechnęła i spojrzała w kierunku Wenantego, który z lekkim zmieszaniem, gestem pochylając się podziękował Bogu i Maryi. Obraz się rozmył, a mnie oblał wielki żar. Ciepło wypłynęło z mojego brzucha i rozlało się po całym ciele w górę i w dól, zabrakło mi oddechu. Do pokoju weszła pielęgniarka, by podać kroplówkę. Krzyknęłam do niej, że coś mi się stało, że straciłam chyba ciąże, że mi gorąco, że wody płodowe rozlały się po całym łóżku, że mi mokro. Ona ze strachem podniosła kołdrę, sprawdziła starannie i zaskoczona powiedziała: Ale nic tu nie ma! Wszystko w porządku, sucho. Prześpij się już dziecko, bo dość już emocji na dziś. Gdy wyszła, znów wybuchnęłam płaczem, lecz tym razem wraz z tym płaczem wylewał się na mnie spokój, radość i euforia. Przed oczami ciągle miałam ten obraz, z którego wylewające się miłosierdzie aż przytłaczało swoją siłą. Zadzwoniłam szybko do mamy, żeby jej o tym opowiedzieć. Mama zapytała kiedy to było, bo ona właśnie przed chwilą modliła się i pytała Boga, dlaczego tak nas doświadcza, że przecież jesteśmy jego wiernymi sługami i wtedy wylał się na nią wielki pokój i usłyszała, jak Bóg mówi do niej, by się nie martwiła, bo będzie dobrze. Po tym telefonie przyszedł lekarz i po zbadaniu sprawy oznajmił, że wszystko jest dobrze, to nie wody płodowe i nie ma powodu do obaw, zabieg się udał. Po kolejnych dwóch tygodniach wypisano mnie do domu i do końca ciąży leżałam w łóżku. Urodziłam zdrową i piękną Nelę w sposób naturalny i w terminie. Jestem wdzięczna Bogu za ten cudowny dar, za moją piękną córeczkę, na którą mogę patrzeć każdego dnia. Jestem wdzięczna również słudze Bożemu Ojcu Wenantemu Katarzyńcowi za jego wstawiennictwo i wsparcie, które czułam w trakcie ciąży do samego końca.

 

Paulina