W niedzielę, 20 lipca 1915 r. Ojciec Wenanty wygłosił w Czyszkach kazanie, w niełatwej sytuacji działań wojennych. Nosi ono znamiona epoki, w jakiej żył Ojciec Wenanty, jednak jego najgłębszy sens jest aktualny również i dzisiaj. Poniżej zamieszczona jest treść całego kazania, z tamtej, wojennej niedzieli Roku Pańskiego 1915. 

________________________________________________

Nie bójcie się! Najmilsi w Chrystusie Panu! Kiedy Piotr zobaczył cud wielki spełniony przez Chrystu­sa Pana, cud, którym Apostołowie wielkie mnóstwo ryb ułowili, przeląkł się. Poznał bowiem wyraźnie, że w osobie Pana Jezusa ma przed sobą prawdziwego, wszechmocnego Boga. Pan Jezus us­pokaja św. Piotra, mówiąc doń: Nie bój się. Oby i nasze obawy uśmierzył, ułagodził Chrystus Pan. Różnego rodzaju może być bojaźń. Boją się ludzie utraty majątku, dobrego imienia, boją się cierpień, a najwięcej chyba obawiają się na tej ziemi – śmierci. I słusznie, bo kto życie utraci, wszystko utracił na tym świecie, nie mają już dla niego wartości ani bogactwa, ani honory, ani stroje, ani rozkosze żadne. My chrześcijanie jednakże powinniśmy tę bojaźń śmierci miarkować, ponieważ wiemy, że ze śmiercią kończy się wprawdzie wszystko na tej ziemi, ale się rozpoczyna natomiast życie inne, lepsze w wieczności.

Aby się więc przejąć tą odwagą chrześcijańską w obliczu śmierci, zastanowimy się dzisiaj za łaską Bożą jak mamy zachować się w niebezpieczeństwie życia i najpierw: 1) Poznany, że potrzeba w takim niebezpieczeństwie mieć ufność w Bogu; 2) Że nie należy narażać swego życia bez potrzeby na niebezpie­czeństwo; 3) Wreszcie, iż w chwili grożącej mamy w sobie obudzić żal za grzech doskonały, aby zapewnić sobie zbawienie wieczne.

Przyznam się Wam Drodzy Bracia i Siostry, że o czem innem mówić miałem dziś, i dopiero wczoraj, gdy głośniej niż dotychczas dał się słyszeć huk armat, zmieniłem swój zamiar. Nie uczyniłem jednak tego, jakoby nam jakieś poważne miało grozić niebezpieczeństwo – bo przecież nie na nas są skierowane te straszne działa, nie przeciw nam walczą żołnierze – ale przypadkiem cywilnego człowieka może trafić zabłąkana kula, i nad bezbronną ludnością nieraz pękają bomby rzucone z latawców, jak to mieliście sposobność zapewne czytać w gazetach, więc wszyscy powinniśmy teraz pamiętać na to i być gotowymi na śmierć. Zresztą to, co Wam powiem, potrzebne jest zawsze, bo zawsze – nie tylko w czasie wojny, zawsze życie nasze łatwo przerwać się może – jak pajęczyna.

To co Wam powiem, nie na służyć na to, aby Was przerazić, lecz owszem, aby odwagą natchnąć. Stąd najpierw rozważymy prawdę, że Bóg nami się opiekuje, że w Nim ufać mamy.

Wszyscy w to wierzymy, że jest jeden Bóg, który wszystko stworzył i wszystkiem rządzi. Rządzi Bóg słońcem i gwiazdami, kieru­je ruchem wiatru – bez Jego woli i kroku zrobić nie możemy, bez Jego woli i listek na drzewie się nie ruszy, bez Jego woli włos jeden z głowy naszej nie spadnie. I kule i pociski, które roznoszą śmierć na polu walki tan padają – gdzie Bóg chce lub dopuszcza. Stąd przysłowie nasze powiada: Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Więc jeśli Bóg nie zechce, aby nas co złego spotkało, nic się nam nie stanie.

Śpiewamy w Psalmie (CXII), iż Pan Bóg „ze swej niebieskiej góry wszystko, co w niebie i co jest na ziemi, oczyma widzi nieuchronionemi”. I nas widzi, ale nie tylko widzi – lecz opiekuje się nami. Stąd odzywamy się znowu do Niego w pieśni: Twoje oczy obrócone w dzień i noc patrzą w tę stronę, gdzie niedołężność człowieka Twojego ratunku czeka. Jak kura zwołuje i chroni kurczęta, gdy wrona lub jastrząb się ukaże, tak Bóg nad nami szczególniejszą roztacza opiekę, gdy nam jakieś grozi niebezpieczeństwo. Matka nie zestawiłaby dziecka samego, gdyby pożar wybuchł w domu, gdyby zwierzę jakie zbliżyło się, a Pan Bóg miałby nas opuścić wówczas, kiedy nam grozi co złego? Przenigdy! Wszak mówi w Piśmie św.: Izali może zapomnieć niewiasta niemowlęcia swego, aby się nie zlitowała nad synem żywota swego? Wszakże chociażby ona zapomniała, ja nie zapomnę ciebie. Więc bezpiecznymi czuć się możemy, kiedy tak potężnego mamy opiekuna. Ufając Bogu, możemy zasypiać spokojnie, albowiem On i w nocy czuwa troskliwie nad nami. Wiedzmy, że zbyteczna bojaźń obraża nawet Boga, gdyż przez taką trwożliwość okazujemy Mu niejako, iż albo On nami się nie zajmuje, albo nie potrafi nas uchronię od niebezpieczeństw. Pamiętajmy więc na słowa pieśni: Kto się w opiekę poda Panu swemu, a całem sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może, mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga, gdyż Bóg: W cieniu swych skrzydeł zachowa Cię wiecznie, pod Jego pióry uleżysz bezpiecznie.

Ale ufając Panu Bogu nie powinniśmy sami narażać się na niebez­pieczeństwo. Gdyby np. w okolicy naszej był teren walki, obowiązkiem naszem byłoby schronić się do jakiejś kryjówki, czy do piwnicy, a przynajmniej w domu powinnibyśmy siedzieć i nie wychodzić na zewnątrz. Strzeżonego Pan Bóg strzeże – mówi przysłowie. Kto lekkomyślnie się naraża na niebezpieczeństwo nie zasługuje na opiekę Bożą. Sam Bóg powiada w Piśmie św.: Kto miłuje niebezpieczeństwo zginie w niem.

Źle przeto postąpił sobie ów gospodarz, który w czasie najzaciętszych walk orał w polu, a gdy żołnierze go przestrzegali, aby się chronił przed kulami, odpowiadał: Ja tam nikomu nic nie winien – to nikt na mnie nie będzie strzelał. Cudu trzeba było, aby w takim razie ujść śmierci – ale Bóg dla zuchwałych cudów nie czyni.

Nikt rozsądny nie zostawia otworem drzwi w nocy, aby zło­dzieje się nie zakradli, żadna uczciwa kobieta nie wdaje się w rozmowy z ludźmi podejrzanymi, aby nie narazić swej cnoty na szwank – tak i każdy człowiek, chcąc uniknąć śmierci, powinien unikać niebezpieczeństwa.

A tak kiedy Bogu zaufamy i kiedy nie będziemy się narażali bez potrzeby na niebezpieczeństwo, uchronimy życic ciała – jeśli taka będzie wola Boża – a jeśli Bóg inaczej zarządzi – to i żadna ochrona nam nie pomoże – Pan Bóg i bez strzałów życie nam odebrać może.

Boimy się śmierci – ale dlaczego, czy cna taka straszna – wszak śmierć uwalnia od cierpień i nędzy ziemskiej. Wielu ludzi pragnie śmierci, aby utrapienia ich się skończyły.

Więc nie trzeba się bać śmierci, lecz tylko aby nie um­rzeć w grzechu ciężkim, aby nie stanąć na sądzie Bożym jako winowajca. Wtedy dopiero śmierć nasza byłaby straszna – bo nie byłaby ukończeniem cierpień ale początkiem męki wiecznej.

Cóż więc trzeba czynić, aby uniknąć śmierci złej, w grzechach ciężkich. Przystąpić do Sakramentu Pokuty św. do spowiedzi. W tym Sakramencie gładzi się wszystkie grzechy, Pan Bóg przebacza. Kto dopuścił się lekkiego przewinienia, chwilowo się rozgniewał, popełnił małe kłamstwo lub kradzież, taki choćby umarł bez spowiedzi, zbawionym będzie – ale komu ciężą grzechy wielkie, śmiertelne na sumieniu – musi się czemprędzej pojednać z Bogiem.

Gdyby ktoś z nos obraził jakiego sędziego i gdyby sta­nął przed nim na termin – starałby się zapewne, aby przed terminem jeszcze z tym sędzią się pogodzić, inaczej mógłby on z gniewu wydać na niego potępiający wyrok. Tak wszyscy ludzie z grzechem ciężkim na duszy zagniewali na siebie Sędziego-Boga może niezadługo wypadnie stanąć na terminie po śmierci – musza przeto jak najrychlej z Bogiem się pojednać.

Ale co mają czynić ci, którzy do grzechu ciężkiego się poczuwają, lecz nie mogą się wyspowiadać, nie mają pod ręką kapłana, któryby ich rozgrzeszył. Czy nie ma dla nich ratunku, gdy ich śmierć zaskoczy? Jest! Niech sobie wzbudzą żal za grzechy, żal doskonały, niech żałują nie tylko dlatego, że na piekło zasłużyli i niebo utracili, ale głównie dlatego, iż Boga tak dobrego, tak łaskawego, Ojca najlepszego ciężko 0brazili. A jeśli przytem zamiar mają przy sposobności najbliższej wyspowiadać, Pan Bóg zaraz im grzechy odpuści, bez spowiedzi dla tego, że żałują.

W jaki sposób można ten żal doskonały obudzić. Można tak np. mówić ustami i sercem: Boże mój żałuję z całego ser­ca – za wszystkie grzechy swoje, nie tylko dlatego żem przez nie zasłużył na sprawiedliwą karę Twoją w tem i w przyszłem życiu, lecz jeszcze bardziej dlatego, żem obra­ził Ciebie Ojca mego najlepszego, którego powinienem i chcę odtąd miłować nadewszystko. Za łaską Twoją o Boże postana­wiam sobie mocno życie swoje poprawić i już nigdy nie grzeszyć. W braku czasu i krótkie westchnienie wystarczy, np. Ach żałuję za me złości, jedynie dla Twej miłości.

Żebyśmy jednak w godzinie śmierci nie zapomnieli o żalu za grzechy trzeba się nam przyzwyczajać teraz za życia wzbudzać ten akt. Szczególniej mamy to czynie wówczas, gdy­byśmy mieli nieszczęście popełnić grzech ciężki – zaraz na­leży przeprosić Boga, bo nie wiemy, czy doczekamy do spowie­dzi. – W pewnym domu zachorował nagle ojciec – puściła mu się gwałtownie krew, posłano po księdza. Tymczasem synek mały, który niedawno przystąpił do pierwszej Komunii św. wziął krzyżyk do rąk, pokazał go ojcu i wymówił słowa: Ach żałuję za me złości, jedynie dla Twej miłości – Nim ksiądz przyszedł ojciec skonał, ale zapewne pojednany z Bogiem. Podobnie trzeba wzbudzać żal doskonały co dzień, wieczorem, gdyż zdarzyć się może, że śmierć nastąpi we śnie a wtedy nie będziemy mogli myśleć o żalu.

Rzekł Jezus do Szymona: nie bój się. I do nas mówi Chrystus Pan w utrapieniach naszych: Nie bójcie się niczego, i śmierci się nie bójcie, bo to zależy od Mojej woli wszechmocnej, nie bójcie się, bo się Wami troskliwie opiekuję. Sami tylko w niebezpieczeństwo się nie narażajcie, a w niebezpieczeństwie żałujcie za grzechy.

Pan Bóg jest nieskończenie miłosierny, nie gniewa się zawzięcie jak ludzie, skory do przebaczenia. Przepraszajmy Go tylko i obrzydzajmy sobie występki nasze, a On da nam łaskę Swoją i błogosławieństwo teraz i na wieki. Amen.

To kazanie wygłosił Ojciec Wenanty Katarzyniec w Czyszkach, w niedzielę 20 lipca 1915 r., kiedy nie łatwa była sytuacja parafian w obliczu działań wojennych.