Szczęść Boże. W zeszłym roku interesowałem się sprawą wyniesienia na ołtarze ks. Jerzego Popiełuszki i czytałem wtedy o uzdrowieniu François Audela, które dokonało się za wstawiennictwem bł. ks. Popiełuszki. Wtedy też dowiedziałem się, że znajoma mojej żony, z którą ja osobiście nigdy nie miałem kontaktu i nawet nigdy w życiu jej nie widziałem, jednak „znałem” ją z opowieści żony, choruje ciężko na raka. Jest to młoda matka dwóch małych córek, która leżała wtedy w szpitalu w bardzo ciężkim stanie. Nawet jej dzieci miały wtedy zakaz jej odwiedzania, żeby nie „przywlec” jej jakiejś dodatkowej choroby. Martwiłem się, podobnie jak moja żona, jej ciężkim stanem. Chemioterapia zdawała się nie mieć żadnego pozytywnego wpływu na poprawę jej zdrowia. Po kilku tygodniach dowiedziałem się od żony, która miała z nią kontakt przez telefon, że jej stan zdrowia się w ogóle nie poprawia, a lekarze nie dają jej wielkich szans na wyzdrowienie. Owa kobieta zapytała wtedy lekarza, czy jest jakakolwiek szansa na to, że nie tyle całkiem wyzdrowieje, co nie będzie się jej zdrowie pogarszać. Lekarz jej odpowiedział, że jego zdaniem nie ma takiej perspektywy i nie spodziewa się żadnej poprawy, ale dodał, że cuda się zdarzają. Nie wiem, czy ta kobieta wierzy w cuda. Nie wiem nawet, czy wierzy w Boga. Nie wiem, czy ten lekarz wierzy w cuda. Ale wiem, że w tym dniu, kiedy usłyszałem tę relację od mojej żony postanowiłem w sercu, że udowodnię (lekarzowi i tej załamanej kobiecie), że cuda są realne. Od razu przyszedł mi wtedy na myśl Ojciec Wenanty – dosłownie kilka dni wcześniej dowiedziałem się wtedy o jego istnieniu i zamówiłem nawet książkę o nim, ale jej wtedy nie przeczytałem. Postanowiłem odmówić Nowennę do niego o wyproszenie u Boga łaski zdrowia dla tej kobiety. Wznosząc do Boga modlitwę za wstawiennictwem Ojca Wenantego dodawałem przy okazji, że jeśli ta kobieta wyzdrowieje, to wtedy Ojciec Wenanty będzie miał szansę zostać ogłoszony błogosławionym/świętym – pamiętałem historię z ks. Popiełuszko. Bez cienia wątpliwości przystąpiłem zatem do odmawiania Nowenny. Po 9 dniach podpytałem żony, czy ma jakieś wieści o znajomej. Usłyszałem w odpowiedzi, że już nikt nie liczy na jakąkolwiek poprawę, bo stan jest ciężki. Wtedy postanowiłem odmówić jeszcze nowennę pompejańską za zdrowie tej kobiety. I potem już nic o niej słyszałem od żony – a bałem się sam zapytać. Pocieszałem się tylko, że gdyby umarła, pewnie bym się o tym od żony dowiedział. W lecie 2018 roku okazało się, że spędzaliśmy urlop dosłownie rzut beretem od Kalwarii Pacławskiej – podczas planowania urlopu nawet nie wiedziałem, że jest to miejsce związane z Ojcem Wenantym, a tym bardziej, że tak blisko niego będziemy na urlopie. Wtedy na nowo ożyło wspomnienie odmówionej Nowenny za zdrowie tej chorej na raka kobiety – po uczestnictwie we Mszy Św. na Kalwarii Pacławskiej odmówiłem jeszcze raz Nowennę do Ojca Wenantego za zdrowie tej kobiety. I nie poruszałem już później tego tematu, a żona sama też nic już więcej nie wspominała o chorej znajomej. Nie tyle o sprawie zapomniałem, co czekałem na wieści – złe, albo dobre, sam nigdy o nic nie pytając. 26 sierpnia, w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, żona powiedziała mi – całkiem normalnym tonem i bez żadnej ekscytacji – że jej znajoma świętowała w sobotę 24.08.2019 ze znajomymi całkowite wyzdrowienie z raka. Niemal siadłem z wrażenia. Czekałem na tę informację, ale się jej nie spodziewałem, jeszcze tym bardziej wypowiedzianej w taki sposób, jakby to było całkiem normalne i przez wszystkich przewidziane. Niemal dokładnie w rok po tym, jak odmówiłem drugą Nowennę do Ojca Wenantego za uzdrowienie tej kobiety, dowiedziałem się, że stał się cud. Ludzie przechodzą nad cudami do porządku dziennego, bez zastanowienia i bez dziękczynienia.
Czy ten wielki dar uzdrowienia, które jak mocno wierzę, dokonało się za wstawiennictwem Ojca Wenantego, może mieć jakiś wpływ na jego beatyfikację? Szczęść Boże.

Krzysztof