Mama wcześnie nauczyła go modlitwy. W czwartym roku życia umiał nie tylko pacierz, ale odmawiał też różaniec. Lubił klękać do modlitwy w ubogiej, drewnianej kapliczce św. Franciszka z Asyżu, która znajdowała się w pobliżu jego domu. I chyba tam wyprosił sobie dar powołania zakonnego. Mając 9 lat przyjął Pierwszą Komunię św. Po Mszy św. tak zatopił się w Eucharystii, że nie spostrzegł, że został sam w pustym kościele. Agnieszka Katarzyniec, matka przyszłego zakonnika, o.Wenantego, miała z nim „kłopot”, gdyż wychodził zawsze do szkoły znacznie wcześniej, by zdążyć na Mszę świętą, często bez śniadania i nie zależnie od pogody. Od 1904 r. uczył się w seminarium nauczycielskim we Lwowie i tam wśród kolegów założył Różę Różańca świętego. Jako nastolatek, mieszkając w internacie, niemal codziennie, pokonywał odległość ok. 3 kilometrów, aby zatopić się w Eucharystycznej ciszy w kościele sióstr franciszkanek od wieczystej adoracji Najświętszego Sakramentu przy ul. Kurkowej. – Obserwując go uważnie w nowicjacie, widziałem w nim zawsze wielką skromność, połączoną z pokorą i szczerą, naturalną prostotą, człowiek wyjątkowy i wysoce wyrobiony duchowo – zauważył o. Peregryn Haczela, prowincjał przyjmujący go do zakonu. Przy wewnętrznych walkach duchowych, jakich doświadczył w nowicjacie, za najlepszy sposób modlitwy uważał „wynurzenie się przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie…”. Dobrze jest również – mówił – poradzić się ojca duchownego, aby uniknąć zbyt pospiesznej decyzji. Nigdy bowiem nie powinno się decydować podczas trwania walk wewnętrznych, lecz należy przeczekać, aż burza minie. Prosił też o pomoc Matkę Najświętszą: „O Matko Boska, dopomóż mi, abym wypełnił to, com postanowił. Wspieraj mnie zawsze swoją przyczyną u Pana Boga”. Na kilka miesięcy przed święceniami kapłańskimi napisał do rodziców: „Mam przyjąć święcenia kapłańskie. Obym mógł je przyjąć jak najgodniej! Proście za mną o to Pana Boga, żebym, jeżeli mam zostać kapłanem, był dobrym i świątobliwym”. Jako kleryk w krakowskim seminarium franciszkanów, gdy klasztorny zegar wybijał pełne godziny, zostawiał wszystko, cokolwiek robił i gdziekolwiek był i wymykał się do klasztornej kaplicy, aby przez moment zatopić się w ciszy, adorując Jezusa Eucharystycznego. 23 sierpnia 1915 r. przybył do Lwowa i podjął obowiązki wychowawcy w nowicjacie franciszkańskim. Często powtarzał: „Kościoły nie powinny być zamykane. Niechby zawsze dostęp był do nich możliwy, wtedy znalazłyby się dusze, które by adorowały Pana Jezusa. Lękają się kradzieży? Ależ wystarczy ubogiemu a uczciwemu dziadkowi dać posiłek i jako tako go ubrać, a pilnować będzie”.
W 1920 r. chory na gruźlicę o. Wenanty Katarzyniec wyjechał na leczenie do Hanaczowa, a następnie na Kalwarię Pacławską. Choroba postępowała szybko. „Mimo zupełnego prawie wycieńczenia – opowiadają świadkowie – dopóki mógł, klękał zawsze na łóżku, gdy tylko usłyszał głos dzwonka zwiastującego zbliżanie się Jezusa Miłości”.
W ostatnim dniu życia, 31 marca 1921 r. rano w czwartek po Wielkanocy, przyjął Komunię świętą i przez cały dzień modlił się skupiony. Odszedł o godz. 6 wieczorem zanurzony w Eucharystycznym Sercu Jezusa.

o.Edward Staniukiewicz